Sebastian Rudol: „Chciałem zostać w Motorze” [WYWIAD]

Sebastian Rudol to bez wątpienia jeden z tych zawodników, którzy na długo zapadli w pamięć lubelskim kibicom. Z Motorem wywalczył dwa awanse i w żółto-biało-niebieskich barwach zasmakował gry w Ekstraklasie. Od stycznia 2025 roku jest zawodnikiem Łódzkiego Klubu Sportowego. W naszej rozmowie poruszyliśmy wątki dotyczące wspomnień z Motoru, wrażeń z gry w ŁKSie oraz innych kwestii.

— Jak wspominasz swoje początki w Lublinie? Jaka atmosfera panowała w szatni po ewidentnym falstarcie Twojego pierwszego sezonu w Motorze jeszcze w 2. Lidze? Czy po kilku kolejkach tamtego sezonu ktoś w klubie w ogóle wierzył w awans do 1. Ligi?

— Myślę, że ciężko było wierzyć w ten awans, bo początek był bardzo ciężki i sam patrzyłem na to w sposób taki: co tutaj się dzieje. Na pewno budujące było to, że wiedziałem, że jestem w dużym klubie i czy właściciel, czy dyrektorzy będą reagować na tę sytuację. I tak się też wydarzyło, jak przyszedł Goncalo Feio do klubu, ale na pewno tamten moment był trudny. Pamiętam, że bardzo mocno skupiałem się wtedy na sobie i na tym, żeby mimo wszystko być dobrze przygotowanym i żebym po prostu ja był zadowolony ze swoich występów, mimo tego, że drużyna nie funkcjonowała dobrze.

— Po tym pierwszym awansie z Goncalo Feio raczej nikt nie przypuszczał, że od razu wślizgniecie się do czołówki 1. Ligi i będziemy walczyć o Ekstraklasę. Jak myślisz, dlaczego udało Wam się podtrzymać tę dobrą dyspozycję na wyższym szczeblu? Ile było w tym zasługi trenera Feio?

— Myślę, że my się tego spodziewaliśmy. Tak jak później też w Ekstraklasie wielu ludzi się nie spodziewało, że tak się to potoczy. Myślę, że podejście trenera Feio, cała zmiana, to, czego klub potrzebował w tym momencie – to wszystko było kluczowe. On zjawił się z takim dyktatorskim podejściem, ale dokładnie to wtedy było w tym klubie potrzebne i miało też wsparcie ze strony właściciela. To na pewno każdy w tym klubie czuł, że raz – idziemy do przodu, a dwa – jeżeli chcesz w tym klubie dalej grać, to musisz ciężko pracować, dostosować się i poświęcić w stu procentach, bo wymagania są ogromne. Także pamiętam, że rozmawialiśmy po tym awansie, że jeżeli idziemy dalej, to chcemy znowu zrobić awans. Te ambicje były bardzo duże od początku, także od środka my wiedzieliśmy, że jest dobrze wykonywana robota. Żeby to było dobrze zrozumiałe: Goncalo Feio w mojej opinii prowadził dyktatorsko na zewnątrz. W sensie, można powiedzieć, nie szedł na żadne kompromisy, po prostu miał swój wytyczony plan, pomysł i tam nie było żadnych negocjacji, jeśli chodzi o ludzi z miasta, jeżeli chodzi o narzędzia, których potrzebował do tego, żeby ta drużyna poszła do przodu. A wersja Goncalo Feio z 2. Ligi to w mojej opinii był trener, który dawał ogromne wsparcie i on bardziej funkcjonował jak taki nauczyciel i ojciec dla nas. Z kolei w 1. Lidze mieliśmy te ambicje w sobie, ale gdy nie wszystko szło po myśli Goncalo, a mieliśmy różne chwile, to myślę, że to zaczął być moment, w którym on zaczął się troszkę zmieniać. Myślę też, że te ambicje zaczęły go zjadać i trochę to przeszkadzało drużynie. Czułem to jako starszy zawodnik, że gdzieś tam pojawiał się wśród zawodników taki strach, żeby tych błędów nie popełnić, żeby po prostu nie zrobić nic, co będzie miało ogromne konsekwencje w oczach trenera. A z kolei trener Stolarski – uprzedzając pytanie – to myślę, że to był dla niego idealny moment. On był wtedy asystentem, wszystko to widział i ciągnął dalej podwaliny, które zbudował Goncalo Feio. I to jest dla mnie kluczowe i niezaprzeczalne, że to, w którą stronę poszedł Motor, zaczęło się od trenera Feio, ale w tamtym momencie uważam, że z trenerem Feio nie awansowalibyśmy niestety, bo on też miał wtedy swoje problemy, a trener Stolarski bardzo dobrze rozpoznał problem, jaki panował w drużynie, i dał nam trochę więcej swobody, ale zachował te podwaliny, które trener Feio zbudował, i te zasady, te wszystkie rzeczy, które funkcjonowały dobrze.

— A jak po czasie wspominasz baraże z Górnikiem Łęczna i Arką Gdynia?

— Bardzo dobrze, to chyba jeden z najlepszych tygodni w moim piłkarskim życiu. To, co się działo przez dwa lata do tych baraży, zbudowało w środku tak duże relacje między nami – między zawodnikami, między rodzinami – że ten tydzień był super czasem. Pamiętam, że po tym pierwszym barażu w formie regeneracji razem szliśmy na noc spać w komorze hiperbarycznej, która współpracowała wtedy z klubem. Spędzaliśmy razem tego czasu bardzo dużo między tymi meczami, rozmawialiśmy i czuliśmy, że to się skończy dobrze. To może brzmi teraz śmiesznie, patrząc na to, jak te mecze się toczyły, bo po meczu z Górnikiem Łęczna, gdzie nie chciała nam ta piłka wpaść do siatki, to chyba każdy myślał, że bramkarz Górnika Łęczna będzie kontynuował swoją dobrą passę tego dnia i przegramy ten mecz w karnych, a my byliśmy przekonani, że ten mecz wygramy. I w Gdyni było tak samo. Mimo że bramki padły pod koniec meczu, to my mieliśmy bardzo duży spokój między tymi meczami i poczucie, że tak dużo pracy włożyliśmy w tę całą drogę i takie relacje mamy między sobą, że to musi oddać, nie ma innej możliwości. Musi się to tak potoczyć w realnym życiu, że Motor zrobi ten awans. I tak się wydarzyło.

— Dla Ciebie ten czas w Ekstraklasie z Motorem trwał tylko pół roku. Jak wspominasz w ogóle tamten okres?

— Bardzo dobrze. Myślę, że daliśmy radę i ja też dałem radę. Miałem niezłą rundę. Dostałem ofertę z Łódzkiego Klubu Sportowego w tamtym momencie i szczerze mówiąc, to chciałem zostać w Motorze, ale też czułem, w jaką stronę właściciel będzie budował klub i jakie ma przekonania, więc z perspektywy czasu wydaje mi się, że podjąłem mądrą decyzję w tamtym momencie, aczkolwiek była ona dla mnie bardzo trudna, bo tak jak wspominałem wcześniej, bardzo mocno zżyłem się z drużyną, z chłopakami, z klubem i z samym Lublinem. Ale wspominam bardzo dobrze tamten czas i pamiętam, że bardzo się cieszyłem, że dobrze nam idzie, mimo że przegraliśmy pierwszy mecz z Rakowem i ludzie już opiniowali, że jesteśmy kandydatem do spadku, a ten sezon zakończył się nieźle.

— Wspomniałeś przed chwilą, że zżyłeś się z innymi zawodnikami i w szatni panowała fantastyczna atmosfera. Czy utrzymujesz wciąż kontakt z kimś, kogo spotkałeś w Motorze?

— Tak, na pewno z Piotrkiem Ceglarzem mamy dobry kontakt. Co jakiś czas spotykam się, rozmawiam z Michałem Królem i z Filipem Wójcikiem. Myślę, że każdy z chłopaków, który był wtedy w drużynie, może na mnie liczyć i ja też mogę liczyć na nich, więc jak się robiło fajne rzeczy wspólnie, to potem te relacje zostały na dłużej.

— W Łódzkim Klubie Sportowym grasz już od ponad półtora roku i na pewno dobrze znasz już swój obecny klub. Jak się tam czujesz? Jakie są Twoje ogólne odczucia odnośnie do gry w Łodzi?

— Na pewno ja i moja rodzina czujemy się tutaj dobrze i z perspektywy czasu widzę, jak dużym klubem jest ŁKS i jak duży ma potencjał, jakie są też oczekiwania idące za tym. Na pewno zauważalne jest to, że w Motorze Lublin podejście kibiców nawet po słabszych meczach jest dużo bardziej wyrozumiałe, natomiast tutaj czuć dużą frustrację wśród kibiców, że ŁKS często awansował i od razu spadał albo nie mógł przez dwa sezony awansować. Kiedy wreszcie to się udawało, to znowu brakowało stabilności. No i na pewno chciałbym tutaj doświadczyć tego, co było w Motorze Lublin – żeby stworzyć mocną drużynę, silną od wewnątrz, która nie będzie podatna na to, co się dzieje na zewnątrz, nie tylko zrobi awans, ale również zostanie w najwyższej lidze i każdy z kibiców będzie miał takie poczucie, że mamy silny zespół, a nie jednostki, że się w tej Ekstraklasie utrzymamy. Takie mam podejście.

— O tym, że macie ekstraklasowe ambicje, było słychać już tak naprawdę rok temu, lecz niewiele z tego wynikło. Nie awansowaliście ani bezpośrednio, ani poprzez baraże, a teraz w pierwszoligowej tabeli zajmujecie czwarte miejsce. Co zawiodło rok temu? Czy teraz jesteście bardziej gotowi na to, aby do tej Ekstraklasy awansować?

— Nie wiem, czy jesteśmy bardziej gotowi. Na pewno w zeszłym sezonie wydarzyło się bardzo dużo rzeczy – nie wchodząc w szczegóły – które miały negatywny wpływ na funkcjonowanie całej drużyny i nie jestem w stanie odpowiedzieć, czy my biliśmy gotowi na to, żeby w tej lidze się utrzymać po awansie. Oczywiście wiadomo, jak to z awansami jest. Wielu specjalistów odpowie, że drużyna nigdy nie jest gotowa i trzeba zrobić po prostu ten awans, a potem wzmocnić się od środka. Ja mam trochę inne podejście. Wydaje mi się, że teraz jest ten czas, kiedy można coś fajnego, mocnego i trwałego zbudować, ale oczywiście wziąłbym ten awans w ciemno w zeszłym sezonie. Czy w tym to się wydarzy? Jest jeszcze za wcześnie, żeby to określić. Myślę, że na pewno idziemy w dobrym kierunku.

— W Ekstraklasie masz już całkiem spore doświadczenie. Czy myślisz, że poradziłbyś sobie teraz w Ekstraklasie? Czy powrót do niej jest dla Ciebie nadrzędnym celem?

— Na pewno chciałbym do Ekstraklasy wrócić i jest to mój cel. Generalnie jestem takim typem zawodnika, który jest reaktywny i dynamiczny, i wbrew pozorom w wielu meczach łatwiej mi się grało w Ekstraklasie niż w 1. Lidze, która jest bardziej fizyczna, taka atletyczna – ale nie w sensie szybkości grania, ale takich lokomocyjnych aspektów. To nie jest tylko moja opinia, bo znam też zawodników z naszej drużyny, którzy mają doświadczenie z Ekstraklasy i oni również to w ten sposób opiniują, że w wielu aspektach Ekstraklasa jest inna, ale gra się w niej z inną kulturą i trochę inne rzeczy decydują. Także przede wszystkim najważniejsze w tym momencie jest to, żeby ten awans zrobić, a to też nie jest takie łatwe. Uważam, że polska 1. Liga jest bardzo trudną ligą i pierwszy przykład, który mi przychodzi do głowy, to jest Wisła Kraków, która myślę, że świetnie sobie radzi teraz w Ekstraklasie, a miała ogromne problemy, żeby się wydostać z tej 1. Ligi, bo 4 lata im to zajęło. Więc podchodzę do tego jak do kolejnego wyzwania i mam nadzieję, że zagram jeszcze w Ekstraklasie.

— A co sądzisz o trenerze Grzegorzu Szoce? Podobnie jak Mateusz Stolarski jest to trener z młodego pokolenia. Co Twoim zdaniem łączy tych szkoleniowców, a jakie różnice między nimi dostrzegasz?

— Na pewno cieszę się, że jest ta młoda fala trenerów. Sam jestem w trakcie robienia kursu trenerskiego dla czynnie grających piłkarzy i dostrzegam to, że głód tej wiedzy, rozwoju jest duży i to mi się podoba. Bo to, że ja dzisiaj mam jakieś przekonania na temat piłki, to prawdopodobnie one za rok lub dwa będą nieaktualne. Ten sport naprawdę bardzo mocno się rozwija i idzie do przodu. I to mi się podoba w tej fali młodych trenerów, że oni idą za tym trendem i nie są więźniami swoich przekonań, że gdzieś tam kiedyś coś funkcjonowało, to już zawsze bym tak postępował, bo osiągnąłem jakiś sukces w przeszłości. Na pewno myślę, że są podobni w tym, że chcą znać opinie, chcą też słuchać, są mniej zamknięci na rozmowę z zawodnikami czy osobami, które są blisko drużyny. A pamiętam, że w przeszłości raczej to funkcjonowało zwykle na zasadzie, że szef tak mówi i tak jest, nie ma w ogóle dyskusji i macie to po prostu robić. Do pewnego momentu, mając specyficzną szatnię, to funkcjonuje, ale na tym wyższym poziomie to jest za mało. Myślę, że to łączy tych trenerów, którzy – reasumując – są głodni rozwoju, i myślę, że to jest kluczowe. Na pewno ani jeden, ani drugi nie jest idealny, ale tak samo ja nie jestem i nikt nie jest. Myślę, że to też jest duża wartość teraz w piłce, że ktoś potrafi się do tego przyznać i pytać oraz chcieć się rozwijać.

— Opowiadałeś o młodych trenerach, to teraz przejdziemy do młodych piłkarzy. Obecnie w zespole ŁKS-u występuje trzech bardzo ciekawych zawodników z tego młodego pokolenia, czyli Kacper Terlecki, Kacper Nowakowski czy Krzysztof Fałowski. Czy młodzież Łódzkiego Klubu Sportowego robi na Tobie wrażenie? Kto Twoim zdaniem najbardziej wyróżnia się z tej grupy?

— Na pewno każdy z nich jest ciekawym zawodnikiem. Widzę swoją rolę w tym, żeby każdy z nich szedł do góry, żeby klub mógł ich w przyszłości albo sprzedać, albo po prostu cieszyć się z ich występów w pierwszej drużynie. Jadąc po kolei: na pewno Krzysiek Fałowski to jest chłopak, który teraz tak naprawdę jest młodzieżowcem, a rywalizuje ze mną na pozycji i bardzo często graliśmy albo razem, albo on grał na półlewym lub na półprawym, albo też w ostatnim czasie mając drobny uraz, ja nie grałem, a on grał z Bartkiem Farbiszewskim. Także uważam, że jest to bardzo ciekawy chłopak, który ma taką mentalność… Gdybym miał wyróżnić kogoś na pierwszym miejscu, kto może naprawdę grać na poważnym poziomie, to uważam, że on ma taką szansę, sumując wszystkie cechy, które ma, i możliwości piłkarskie oraz motoryczne. Ale mamy też Lenarda Szczygła, który teraz wchodzi do drużyny i bardzo dobrze wygląda. Kacper Terlecki już skończył wiek młodzieżowca i się bardzo fajnie obronił, bo to jest taki najtrudniejszy okres dla młodych chłopaków, kiedy bardzo często idą w odstawkę, bo już nie mają tego handicapu w postaci minut. A Kacper swoją postawą na boisku pokazuje, że trener od niego zaczyna skład, więc to też świadczy o tym, że w ŁKS-ie jest fajne środowisko do rozwoju tych młodych chłopaków. Tak samo mamy Kacpra Nowakowskiego, który jest na wypożyczeniu, przyszedł z Chrobrego Głogów. Jest kilku tych chłopaków i jeszcze paru puka do pierwszego składu, także o przyszłość ŁKS-u jestem spokojny. A tak jak wspomniałem wcześniej, patrząc pozytywnie na to środowisko, które widać, że jest sfrustrowane – i w 100% to rozumiem, bo tych wyników w ostatnich latach nie było dobrych – to też finalnie jest niezłe środowisko dla tych młodych chłopaków, żeby przetrzeć się z tym, co się dzieje po nieudanych meczach, i może pozwolić im też tak się zahartować do tego, żeby weszli w poważną piłkę. Także myślę, że w tym momencie naprawdę nie mamy się czego wstydzić, jeżeli chodzi o młodzież.

— Ty z kolei bez wątpienia należysz już do grupy tych bardziej doświadczonych zawodników i dorobiłeś się w ŁKS-ie opaski kapitana. Jest to, nie ma co ukrywać, funkcja, której zwykle nie sprawuje byle kto. Czy jest to dla Ciebie duża odpowiedzialność?

— Na pewno tak. Generalnie postrzegam siebie jako osobę odpowiedzialną i cieszę się, że drużyna mnie wybrała na to stanowisko, bo – nieskromnie mówiąc – uważam, że jestem osobą, która chce tu być i której naprawdę zależy na tym, żeby zbudować tutaj silną drużynę, która będzie w stanie postawić swoje cele indywidualne ponad drużynę. I też tak to postrzegam jako swoją misję tutaj, że będę mógł być kapitanem drużyny przez duże „D” i tak do tego podchodzę. Nie wiem, ile mi to będzie dane, bo ŁKS jest takim klubem, gdzie wszystko dynamicznie się zmienia, ale na pewno jestem bardzo dumny z tego, że dostałem taką szansę i mam nadzieję, że przełoży się to też na wyniki drużyny.

— Masz w swoim CV również występy dla Sandecji Nowy Sącz, Widzewa Łódź czy Pogoni Szczecin, w której wyrobiłeś sobie markę. Czy zerkasz czasem na mecze tych drużyn i na ich poczynania?

— Na pewno najbardziej związany jestem z Pogonią Szczecin. Tam spędziłem 7 czy 8 lat – od drużyny rezerw, od juniorów, po pierwszy zespół – i największą ilość występów miałem później w Pogoni w Ekstraklasie, więc na pewno to jest taki mój klub macierzysty, tak go postrzegam i z uwagą śledzę wszystkie wyniki i to, co się tam dzieje. Jeżeli chodzi o Widzew i o Sandecję, to były takie trudniejsze momenty w mojej przygodzie z piłką, bo awansowałem z Widzewem do 1. Ligi, poszedłem w odstawkę i trochę nie rozumiałem tego, co się dzieje, bo myślę, że byłem istotną postacią przy robieniu tego awansu do 1. Ligi, a potem musiałem iść do Sandecji, żeby się odbudować. I ten okres też mi dużo dał. Na pewno nie był on dla mnie łatwy piłkarsko, ale poznałem wielu fajnych ludzi i nawiązałem parę przyjaźni, które też są do dzisiaj, więc tak na to patrzę. Ale z największym sentymentem wracam do Pogoni Szczecin.

— Od Twojego pobytu w takich klubach jak Pogoń czy Widzew sporo się tam zmieniło. Jak jako piłkarz patrzysz na te ekstraklasowe projekty prywatnych inwestorów? Czy widzisz w tym nadzieję dla polskiej piłki?

— Widzę, ale uważam, że każdy musi zapłacić swoje frycowe i myślę, że ludzie zapominają, że na koniec dnia to jest sport drużynowy. Bardzo modne w mediach jest teraz indywidualizowanie tego sportu, skupianie się na jednostkach, na tej tak zwanej jakości indywidualnej, ale wchodząc głębiej w szczegóły, no to jest wiele przykładów – począwszy od naszego ogródka i Motoru Lublin i tego, o czym teraz rozmawialiśmy, co chciałbym, żeby się wydarzyło w ŁKS-ie, ale też na poziomie najwyższym, patrząc, co w ostatnich latach się wydarzyło w Paris Saint-Germain czy w Arsenalu – no to wszystkie te przykłady myślę, że sprowadzają się do jednej puenty: że tam powstały drużyny. I myślę, że im więcej pieniędzy i im więcej ego i jakości, tym ciężej tę drużynę stworzyć. Moim zdaniem jest to teraz takie największe wyzwanie, spoglądając na te kluby, w których grałem – stworzenie takiej kultury, żeby ci młodzi ludzie, którzy dostali bardzo wysokie kontrakty, przy których są bardzo duże oczekiwania, potrafili o tym zapomnieć i skoncentrować się na tym, żeby jak najlepiej pracować dla drużyny.

Polecamy także