Mateusz Stolarski — zasłużony jak lew, pożegnany jak…

Mateusz Stolarski objął posadę pierwszego trenera w Motorze Lublin 18 marca 2024 roku.  W tamtym momencie praktycznie nikt nie spodziewał się, że przed żółto-biało-niebieskimi taka piękna historia. Jest takie powiedzenie — „Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy”. Problem w tym, że Stolarskiemu „skończyć” nie pozwolono.

Człowiek jest tak zbudowany, że zdarzają mu się momenty, gdy zmienia zdanie. Jedni zmieniają zdanie częściej, inni rzadziej. Ostatecznie jednak przeciętny człowiek wykazuje pewną stabilność i zazwyczaj wiadomo, czego można się po nim spodziewać. Jednak są ludzie, po których prawdę mówiąc nie wiadomo czego się spodziewać. I naprawdę ciężko jest przy takich ludziach spać spokojnie.

Mateusz Stolarski i jego zasługi

Ciężko nie zacząć tematu odejścia Mateusza Stolarskiego bez przypomnienia jego zasług. Do Motoru trafił 19 września 2022 roku. Cztery lata temu. Przez niespełna dwa lata pełnił funkcję asystenta trenera Goncalo Feio. W omawianym okresie Portugalczyk poprowadził Motor w 54 spotkaniach, wywalczając w międzyczasie awans do 1. ligi. Obowiązki pierwszego trenera przejął 18 marca 2024 roku. Po dwóch miesiącach pracy awansował z żółto-biało-niebieskimi do Ekstraklasy, potem zajął historyczne 7. miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej, a w poprzednim sezonie udało mu się wywalczyć utrzymanie mimo naprawdę wąskiej kadry.

Jakubas powinien czytać kibicom na „dobranoc”

Zbigniew Jakubas — oprócz tego, że jest świetnym biznesmenem, co przyznaję bez cienia ironii — posiada jeszcze jeden, dotąd nieodkryty talent. Potrafi opowiadać takie „bajki”, że mógłby czytać kibicom na dobranoc. Jak można w lutym chcieć dawać trenerowi udziały w klubie, a w maju rozmawiać już z nowym szkoleniowcem? Przecież to jest jakaś abstrakcja. I robi to człowiek, który słynie z tego, że poucza w mediach inne kluby i opowiada o stabilności. Między udziałami w klubie a zwolnieniem, to jak między niebem a piekłem. Nie ma chyba dwóch większych skrajności.

Sama idea robienia ze Stolarskiego „Fergusona” także została dosyć szybko zweryfikowana. W cztery miesiące Jakubas przeszedł z „zmienianie trenera to wywrócenie wszystkiego do góry nogami, bo do kuchni przychodzi gosposia itd.” do „zwolnienie trenera”. A to wszystko opakowane w historie, że w jego firmach pracownicy robią awans wewnątrz firmy, a jego firmą zarządza 35-letnia osoba. To po prostu nawijanie makaronu na uszy.

Walka na trzech frontach

Właściciel Motoru tak naprawdę słynie także z walk. W trakcie ostatniego sezonu stoczył trzy walki: z Golańskim o Ede, z dziennikarzem Weszło.com o kryzys w Motorze i z klubami miejskimi. Złośliwi powiedzieliby, że toczy jeszcze walkę ze swoimi wypowiedziami sprzed czterech miesięcy. Pierwsza walka rozbiła się o to, czy do klubu spłynęła oferta za Brighta Ede. Golański twierdził, że spłynęła, Jakubas że nie spłynęła. Właściwie tamtą aferę przykryło już kilka kolejnych, że nie ma co drążyć tematu.

By opisać drugą walkę, wystarczy podać cytat też sprzed czterech miesięcy, gdy w wywiadzie z Tomaszem Ćwiąkałą właściciel Motoru wypowiedział takie słowa:

Zbigniew Jakubas: „Najbardziej mnie rozbawił dziennikarz, który chyba trochę pomylił się z publicystyką science-fiction i dziennikarstwem, który gdzieś tam pisze, że kryzys w Motorze, bo nie wiadomo co się dzieje. No kryzys to ja bym wskazał w kilku polskich klubach, gdzie faktycznie jest ból głowy. Akurat w Motorze tego bólu głowy nie mamy. „

Od tamtej pory z klubu odeszło 10 zawodników, Luberecki ma wpisaną niższą klauzulę niż wynosi jego faktyczna wartość, kolejnym czterem zawodnikom wygasają umowy za dwa tygodnie, automatyczne przedłużenie kontraktu Rodriguesa nie zostało ogłoszone (kibice zostali postawieni w niepewności, czy na pewno ono miało miejsce), Ndiaye mówi w mediach że chciałby spróbować sił w silniejszej lidze, została przeprowadzona zmiana trenera i sztabu szkoleniowego, a Czubak daje jasny sygnał na Instagramie że jest niezadowolony ze zwolnienia Mateusza Stolarskiego. Jeśli tego nie można nazwać kryzysem, to kiedy będzie można mówić o kryzysie? Czy może dopiero jak klub spadnie z ligi?

Romans

Odbiegnijmy na chwilę od piłki. Wyobraźcie sobie młodego chłopaka, powiedzmy trzecia klasa liceum. Poznaje piękną dziewczynę. Relacja zaczyna się od małych kroków – najpierw wspólne wyjścia, potem coraz poważniejsze plany. W końcu zostają parą, tworząc zgrany duet. Jednak chłopak ma pewną wadę: zupełnie nie potrafi odnaleźć się w codzienności związku. Ona o tym wie – widzi jego braki, ale mimo swojej atrakcyjności i tego, że mogłaby przebierać w innych ofertach, przymyka na to oko. Dlaczego? Bo widzi w nim potencjał i wierzy, że warto w to brnąć. Chłopak jednak główkuje i wpada na „genialny” pomysł: zacznie zagadywać do innych dziewczyn, bo może w ten sposób nauczy się, jak żyć w związku.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli morału tej historii: jak byś się poczuł, czytelniku, będąc na miejscu tej dziewczyny? Bo dokładnie tak czuł się Mateusz Stolarski. Przez cały okres jego pracy Zbigniew Jakubas kontaktował się z Markiem Papszunem, Mariuszem Misiurą, Aleksandarem Vukoviciem i pewnie jeszcze z paroma innymi nazwiskami. Właścicielowi klubu ekstraklasowego po prostu nie wypada dzwonić do trenera, z którym przed chwilą przegrał mecz – jak choćby do Papszuna po spotkaniu z Rakowem – by pytać go o rady, gdy własny szkoleniowiec stoi tuż obok. Jakubas nie widział w tym żadnego problemu. Patrząc z boku to było po prostu żałosne.

Koniec „Niezniszczalnych”

Po awansie do Ekstraklasy Motor Lublin zyskał nowy przydomek — „Niezniszczalni”. Fajnie brzmi, prawda? Jednak będąc szczerym trzeba przyznać jedno — to już przeszłość. W momencie, gdy w klubie dokonuje się gruntownej przebudowy kadry i sztabu szkoleniowego, przydomek „Niezniszczalni” stał się już tylko pięknym wspomnieniem, które na zawsze zostanie w sercach kibiców.

Mateusz Stolarski potraktowany jak…

Człowiek, który objął ten klub w momencie, gdy jego poprzednik rzucił papierami a na horyzoncie miał fuchę w Legii, awansował z Motorem do Ekstraklasy, wykręcił spektakularny wynik w pierwszym sezonie, utrzymał klub w lidze w drugim sezonie i ogólnie wykręcił wynik ponad stan został potraktowany w sposób przedmiotowy, zupełnie nieadekwatny do jego wkładu w wyniki klubu.

Po pierwsze — prawdę mówiąc Mateusz Stolarski po tych wszystkich bojach miał prawo nawet spaść z Motorem z ligi i potem dostać szansę, by znowu awansować do Ekstraklasy. A po drugie — ogłoszenie zwolnienia takiego trenera powinno nastąpić z wyprzedzeniem, a jego ostatni mecz powinien być meczem pożegnalnym, na którym powinien dostać upominek oraz pamiątkową koszulkę, jego żona kwiaty, a dzieci słodycze oraz baloniki. W górę uniósłby się dym z rac, a kibice godnie pożegnaliby zasłużonego szkoleniowca. Tymczasem klub napisał zwykły post, w którym podziękował trenerowi „za wszystko”. Łącznie wpis na 13 wyrazów. Na dłuższy wpis zasłużyło nawet „ogłoszenie”, że motorowa koszulka zajęła drugie miejsce w nic nie znaczącym konkursie. Brawo!

Powrót na karuzelę trenerską nie taki prosty jak się kibicom wydaje

Wielu kibiców uważa, że Mateusz Stolarski dosyć szybko znajdzie nową pracę. Wbrew pozorom nikt temu nie zaprzecza. Rynek trenerski jest na tyle specyficzny, że można (a wręcz trzeba) spodziewać się nawet niespodziewanego — Motor jest wręcz tego przykładem. Jednak, czy powrót na ławkę trenerską będzie dla Stolarskiego aż tak prosty? Spójrzmy na trenerów bez pracy. Wiadomo — pierwsze w oczy rzuca się kącik byłych selekcjonerów reprezentacji Polski. Adam Nawałka, Czesław Michniewicz, Michał Probierz — ich można w tym temacie pominąć.

Za to dalej znajdują się: Robert Kolendowicz, Dawid Szwarga, Goncalo Feio, Maciej Skorża czy John Carver, który chętnie zostałby w Polsce. Trzeźwo patrząc na tej liście znajdują się naprawdę mocne nazwiska i praktycznie każde z nich ma w CV lepszy klub niż Motor Lublin. I nawet taka Jagiellonia Białystok — która niedługo może szukać nowego trenera — niekoniecznie może mieć na swojej liście na pierwszym miejscu nazwisko „Stolarski”. Niech każdy czytelnik w tym momencie wyobrazi sobie kadrę Motoru Lublin bez Karola Czubaka — mniej więcej coś podobnego do dyspozycji miał taki Daniel Myśliwiec z Piasta Gliwice. A czy Białostoczanie nie byliby w stanie wyciągnąć go z województwa śląskiego? Oczywiście, że by byli. Także w tym temacie też nie ma co popadać w „hurraoptymizm”.

Dlaczego Mateusz Stolarski został zwolniony?

Podchodząc do tego pytania nie da się odstawić na bok osoby Zbigniewa Jakubasa. Jednak warto postawić się po stronie trenera i pomyśleć co poszło nie tak. Największy mankament to mimo wszystko to rozgrywanie od tyłu. Można zrozumieć, że taka jest idea tego szkoleniowca. Jednak warto spojrzeć najpierw na materiał ludzki. W Motorze owszem, są (a raczej byli) piłkarze pod takie granie. Jednak nie zawsze. Są momenty w meczu i są rywale, kiedy warto czasem „po chłopsku” wybić futbolówkę. Motorowi tego brakowało, przez co w szeregach defensywy często wybuchał pożar. Na pewno taka wizja taktyczna prędzej odnalazłaby się w klubie pokroju Lecha Poznań — nie ma tu nawet cienia wątpliwości. Jednak czasem trzeba postawić styl na równi ze zdobywaniem punktów.

Poszkodowanych jest więcej niż jeden

De facto poszkodowanym może być także nowy szkoleniowiec Motoru Lublin — Mariusz Misiura. Odstawiając na bok zgrzyt kibiców żółto-biało-niebieskich z byłym trenerem Wisły Płock. Jak fani Motoru mogą w tej sytuacji obiektywnie odbierać nowego szkoleniowca? Byli mocno przywiązani do poprzednika. Nagle po sezonie, w którym nic aż tak wielkiego się nie wydarzyło, ten „poprzednik” został im zabrany. W takiej sytuacji z psychologicznego punktu widzenia nie ma opcji, że kibice obiektywnie spojrzą na projekt „Motor Misiury”. A jakby nie patrzeć — nie jest to zły wybór.

***

W Motorze coś pękło z dnia na dzień. Z drużyny, która przez ostatnie sezony była najbardziej zgraną ekipą w lidze i dumnie nosiła przydomek „Niezniszczalni”, czar po prostu prysł. I nie stało się tak dlatego, że klub był pod ścianą i musiał wyprzedawać najlepszych graczy, by przetrwać. Nie stało się tak również dlatego, że po trenera zgłosił się wielki klub i trzeba było pozwolić mu odejść. Ten czar prysł, bo pewnego dnia miliarder wstał lewą nogą i zmieniła mu się wizja na klub.